24 maja w Teatrze Wielkim w Poznaniu odbyła się premiera opery Carmen w reżyserii Denisa Kriefa. Kierownikiem muzycznym został Bassem Akiki, który, na dwa tygodnie przed premierą, zastąpił Keesa Bakelsa. Z młodym libańskim dyrygentem spotkałam się w klimatycznej i bardzo teatralnej Restauracji Tośka Cantine. Podczas rozmowy Bassem opowiedział mi o swoich odczuciach po poznańskiej premierze, a także zdradził plany zawodowe na przyszłość.

Marta Łuczkowska: Spotykamy się przy okazji premiery opery Carmen Georgesa Bizeta, która odbyła się w sobotę, 24 maja na deskach Teatru Wielkiego w Poznaniu. Jak się Pan czuje po premierze?

Bassem Akiki: Jestem bardzo zadowolony. Zespół promieniował bardzo dobrą energią i ja to czułem. Publiczność też, mam nadzieję, co było słychać podczas długich oklasków – ale i w trakcie spektaklu. Bardzo się cieszę, że wszystko się udało.

Poznańska Carmen nie jest pierwszą w Pana dotychczasowej karierze. Poprzednia została wystawiona na deskach łódzkiej Opery. Publiczność mogła ją ponownie obejrzeć 4 czerwca. Z tego, co mówił Pan podczas konferencji prasowej przed poznańską premierą, dość sztywno trzyma się oryginalnej partytury nie pozostawiając zbyt wiele miejsca na interpretację. Czym obie wersje Carmen – ta poznańska i ta łódzka, różnią się od siebie?

(o łódzkiej Carmen dop. red.) To jest inna wersja Carmen. W Łodzi gramy wersję, na którą składają się z arie, ensemble i recytatywy. Tutaj (w Poznaniu) mieliśmy wersję oryginalną, z dialogami mówionymi (bez recytatywów), które ze względu na język, zostały jednak bardzo skrócone. W Łodzi opera została przygotowana w całości z recytatywami i jest zupełnie inną koncepcją reżyserską.

Czy ta łódzka Carmen jest bardziej hiszpańska?

– Tak, tak. Zdecydowanie bardziej hiszpańska – i w strojach, i w charakterze, i scenicznie. Jest zupełnie inna niż poznańska.

Ta poznańska jest zdecydowanie bardziej francuska. Nie ma Hiszpanii w scenografii, nie ma Hiszpanii w strojach.

– Przy pierwszych rozmowach z reżyserem Denisem Krief’em zauważyłem, że jego koncepcja realizacji idzie bardziej w kierunku uniwersalizmu Carmen. Budowanie postaci, żonglowanie emocjami, bardziej teatralne niż operowe, skupienie się na wewnętrznych stanach niż kładzenie nacisku na zewnętrzny entourage (stroje i miejsca). Tak naprawdę nie wiemy, w którym jesteśmy miejscu – możemy być w Polsce, we Francji, w Hiszpanii, możemy być wszędzie. Dla reżysera ważne były emocje, co dało pozytywny bodziec dla muzyki.

Ale muzyka też – niby hiszpańska, ale jednak z taką francuską elegancją.

– Bo trzeba pamiętać, że Bizeta nie było w Hiszpanii, która dla Francuzów tamtych czasów była egzotyczna. A co egzotyczne, to erotyczne. I stąd można usprawiedliwić dwa pierwsze akty, w których Carmen jest bardzo erotyczna – przynajmniej w mojej opinii. Zmysłowej Carmen hiszpańska muzyka dodaje charakteru i czaru. Jednak ta ognista muzyka może powodować, że Carmen, jako postać,  staje się przesadnie zmysłowa, co powoduje, że traci swoją kobiecość i delikatność. Dlatego w tej realizacji wolałem, żeby Carmen dodała do ognistego charakteru francuskiej elegancji. Uzyska ona w ten sposób klasę i już nie przekroczy pewnej granicy w erotycznej interpretacji. W naszym społeczeństwie tolerowane jest, kiedy mężczyzna kocha wiele kobiet – patrzmy na przykład na Don Giovanniego. Ale Carmen jest kobietą, która kocha wielu mężczyzn. Jeśli stracimy tę elegancję, która jest u niej, to może być to ryzykowne.

Opera Carmen nie jest Pana debiutem w Teatrze Wielkim w Poznaniu. W 2012 roku była premiera światowa opery Slow Man. Jak się Panu współpracuje z poznańską orkiestrą, chórem, solistami?

– Mam bardzo dobry kontakt z poznańskim zespołem. Bardzo lubię tutejszą orkiestrę i lubię pracę z nimi. To jest praca, która działa w obie strony. Energia idzie ode mnie, energię czuję również od orkiestry. Oni chcieli pracować i bardzo dobrze wykonać dzieło.  Widzę też bardzo duży postęp, jaki wykonała orkiestra przez ostatnie dwa lata. Dyrygowałem tutaj w 2012 roku, przyjechałem teraz po raz kolejny. I naprawdę jej brzmienie jest fantastyczne. Wielki ukłon kieruję także dla chóru, a w szczególności dla żeńskiego chóru. Kłótnia dziewczyn z pierwszego aktu była znakomita i to mnie najbardziej cieszyło.  Wiele lat temu, kiedy jeszcze byłem na studiach i samemu śpiewałem Carmen, właśnie razem z nimi w Niemczech – to były bardzo dobre wspomnienia. Jestem także bardzo szczęśliwy, że miałem okazję poznać nowych śpiewaków. Soliści pracowali bardzo ciężko, nawet między próbami. Dużo rozmawialiśmy żeby dojść do wspólnej interpretacji dzieła. To była bardzo owocna współpraca. Ogólnie mówiąc pracowałem z prawdziwymi artystami – dotyczy to całego zespołu – co jest wielką radością dla mnie.

Wrócę jeszcze do opery Slow Man, która została okrzyknięta najważniejszym wydarzeniem Festiwalu Malta w 2012 roku, które przyćmiło wszystkie inne wydarzenia, w tym koncert znanej na świecie grupy Faith No More. Spektakl napisany przez Johna Maxwella Coetzee z muzyką Nicholasa Lensa dotyka bardzo ważnych spraw – przemijania, lęku przed śmiercią i jednocześnie pragnienia miłości pomimo kalectwa. Jak Pan myśli dlaczego, mimo ogromnego sukcesu, Slow Man nie wszedł na stałe do repertuaru poznańskiej opery?

– Nie wiem dlaczego. Ja w tej produkcji występowałem tak samo jak w Carmen – z powodu niedyspozycyjności dyrygenta. Musiałem wskoczyć w produkcję. Slow Man to współczesne dzieło – to była prapremiera światowa, duża odpowiedzialność. Ale gdy zobaczyłem partyturę, gdy zobaczyłem libretto, byłem zachwycony i dlatego wziąłem w niej udział. Przemawiała do mnie osobiście, bo moja mama pracuje z ludźmi niepełnosprawnymi, a w Slow Man’ie jest duży nacisk na tego rodzaju tragedie ludzkie: człowiek, który jest po amputacji nogi, osoba niewidoma… Piękne libretto, napisane przez Johna Maxwella Coetzee, wybitnego pisarza i do tego bardzo piękna muzyka. Dlaczego nie został w repertuarze? Nie wiem. Ja bym chętnie wrócił do Slow Man’a.

Chciałabym cofnąć się do czasów dzieciństwa. Kiedy odkrył Pan w sobie miłość do muzyki klasycznej?

– W dzieciństwie, kiedy dostałem na prezent od rodziców pianino. Moi rodzice, a właściwie moja mama, zauważyła, że słuchając utworu, od razu siadam do pianina, bez żadnego wykształcenia, i gram. Zainwestowali w prywatne lekcje fortepianu. Ale nigdy nawet nie myśleli, że to będzie mój zawód. Nawet na początku byli rozczarowani, że rezygnuję z medycyny na rzecz muzyki i filozofii.

Zacząłem lekcje fortepianu, później grałem na organach w parafii w Libanie. Przypadkiem było tam dwóch Francuzów – dyrygentów – jeden dyrygent symfoniczny, drugi dyrygent chóralny. Słyszeli jak śpiewałem na mszy, jak grałem i zaproponowali, żebym pojechał na tournée z jednym chórem francuskim. To był szok dla rodziców. Miałem wtedy 17 lat i rodzice postawili warunek – jeżeli zdam dobrze maturę, to będę mógł pojechać na miesięczne tournée.

Wróciłem z tournée i właściwie miałem rozpocząć studia medyczne i zostać następnym lekarzem w rodzinie.  Nie ma tradycji muzyki klasycznej w Libanie. Jak już poleciałem do Francji – widziałem te festiwale, koncerty, byłem w operze, poleciałem dalej do Stanów Zjednoczonych, do Kanady. Wróciłem i byłem zachwycony tym światem. Chciałem zostać muzykiem. Rodzice postawili warunek, że muszę mieć drugi zawód, dlatego, że z muzyki się nie wyżyje, przynajmniej nie w Libanie. Jest jedna orkiestra symfoniczna – Filharmonia w Libanie i bardzo ciężko się tam dostać. Wybrałem więc filozofię.

Nie bał się Pan sprzeciwić woli rodziców?

– Nie, dlatego, że wiedziałem, że dobrze robię i że chciałbym robić to, co kocham, a nie robić coś na siłę. To nie była moja misja, żeby być lekarzem. Ja może byłbym dobrym lekarzem, byłem dobry z biologii, ale nie czułbym się spełniony w tym, co robię. Dlatego uważam, że to była bardzo dobra decyzja.

Dzisiaj rodzice pewnie są bardzo dumni?

– Dzisiaj już są dumni. Jak przychodzą na koncerty, są bardzo dumni, ale na początku było ciężko. Kiedy zostałem pierwszy raz asystentem dyrygenta we Wrocławiu, byłem bardzo szczęśliwy. Zadzwoniłem do mamy i mówię, że zostałem asystentem dyrygenta, a moja mama bardzo chłodno odpowiada – a co robi asystent dyrygenta? Podaje kawę dyrygentowi? Ale później jak już widziała mnie dyrygującego na koncertach, na spektaklach, to już zrozumiała.

Jak wygląda edukacja muzyczna w Libanie?

– W Libanie są prywatne szkoły muzyczne, jest Konserwatorium, ale to nie jest tak, jak w Polsce czy generalnie – w Europie. W Polsce jest szkoła I i II stopnia, gdzie szkoła ogólnokształcąca jest połączona z muzyczną i maturę można zdawać z muzyki. W Libanie tego nie ma. Matura jest ogólna – dzieli się na matematyczną, biologiczną, humanistyczną,  itd. Ale nie ma artystycznej matury, więc to jest zawsze gdzieś obok szkoły. Stąd w orkiestrze narodowej w Libanie około 40-50% muzyków jest z Europy, szczególnie wielu z Polski. Kiedy dyrektorem był Wojciech Czepiel – dyrektor artystyczny (Narodowej Orkiestry Symfonicznej w Bejrucie – dop. red.) to dużo muzyków z Polski przyjechało wspierać orkiestrę, bo nie było tylu instrumentów, żeby stworzyć orkiestrę symfoniczną.

I stąd pewnie decyzja o tym, żeby studiować w Polsce?

– Tak, bo byłem na koncercie orkiestry symfonicznej, gdzie dyrygował Wojciech Czepiel i powiedziałem, że chciałbym studiować muzykę na poważnie. Zaproponował Kraków, gdzie prowadził studencką orkiestrę symfoniczną. Złożyłem papiery i chciałem spróbować. Bardzo mi się spodobało. Zostałem. Później była propozycja pracy i później kolejna, i kolejna. I teraz mieszkam na stałe w Polsce.

W czasie studiów mieszkał Pan w Krakowie, potem pracował Pan w operze wrocławskiej, współpracował z operą łódzką oraz z Teatrem Wielkim w Poznaniu, na stałe mieszka Pan w Warszawie. Gdzie Pan widzi siebie za 10 lat?

– To jest niespodzianka. Nawet nie myślałem, że będę mieszkał w Warszawie. Mieszkałem w Krakowie, potem długo mieszkałem we Wrocławiu. Właściwie tam się wychowałem jako muzyk, jako dyrygent. Tam budowałem bardzo szeroki repertuar. Potem była przeprowadzka do Warszawy i współpraca z Teatrem Wielkim – Operą Narodową. W przyszłym sezonie spędzę dużo czasu w La Monnaie w Brukseli pracując nad trzema dziełami. Życie jest pełne niespodzianek, a ja jestem otwartym człowiekiem. Lubię podróżować, lubię zmieniać miejsce, ale jednak mam swoją stabilność, mam swoje życie prywatne, mam swój dom. Teraz jest w Warszawie.

Wracając do szerokiego repertuaru, który repertuar jest Panu bliższy – ten klasyczny, czy ten współczesny, bo z takim też miał Pan okazję pracować?

– Tak właściwie nie mogę określić, że coś lubię bardziej a coś mniej. Z klasyki – uwielbiam Mozarta. Miałem okazję robić trzy opery Mozarta i bardzo się z tego cieszę. Zacząłem od Cosi fan tutte, robiłem Don Giovanni’ego we Wrocławiu i Czarodziejski flet w Łodzi. Uwielbiam Verdiego, Pucciniego, muzykę niemiecką – Richarda Straussa. Chciałbym zacząć przymierzać się do Wagnera – to jest wielkie wyzwanie. Jako młody dyrygent wiem, że wszystko nadejdzie w swoim czasie. Zawsze byłem bardzo ciekawy nowych wyzwań, a współczesna muzyka należy do nich. Miałem okazję pracować nad pięknymi współczesnymi utworami, z wybitnymi kompozytorami. Wykonywanie muzyki naszych czasów niezbędne jest dla indywidualnego rozwoju artystycznego oraz dla przetrwania samej muzyki w ogóle, a zwłaszcza jej poszczególnych gatunków.

Obecnie pracuje Pan nad operą Nicholasa Lensa i Nicka Cave’a Shell Shock Requiem of war, której światowa premiera odbędzie się jesienią w La Monnaie, w Belgii. Czy może Pan zdradzić jakieś szczegóły tego projektu?

– To jest projekt, który jest napisany na zamówienie La Monnaie – Opery Królewskiej w Brukseli przez kompozytora Nicholasa Lensa i librecistę – Nicka Cave’a, na rocznicę 100-lecia wybuchu pierwszej wojny światowej. Utwór składa się z wielu pieśni, „canto” i jest w stylu Nicholasa Lensa, który Poznań już słyszał w operze Slow Man. To jest bardzo emocjonalny utwór, który opowiada o nieszczęściu wojny. Widzimy tam tragedię matek, syna, który stracił rodziców, człowieka, który jest na wojnie i myśli o swojej rodzinie. Uważam, że ten utwór będzie miał bardzo dobry wydźwięk na świecie. Shell Shock to requiem, czyli msza dla zmarłych, która nie jest religijnym requiem. Jest bardziej skupiona na człowieku. Religia oczywiście jest obecna, pojawia się Bóg, ale w innej postaci.

A jakie są Pana plany na przyszły rok?

– Plany na przyszły rok, to następny projekt w Brukseli, Medúlla. Opera na podstawie albumu Björk z 2004 roku, która zostanie wystawiona z udziałem chórów dziecięcych, młodzieżowych i ze śpiewakami operowymi. To będzie pierwsze spotkanie muzyki Björk z teatrem operowym.

Poza tym są dwa projekty w Operze Narodowej; jeden z  Mariuszem Trelińskim, jako reżyserem.

Cały czas obracamy się w różnorodnym repertuarze klasyczno – współczesnym

– Tak. Nie ma dyrygenta operowego, dyrygenta symfonicznego – tak samo nie ma dyrygenta od muzyki klasycznej i współczesnej. Ja robię to, co lubię. Jeśli utwór nie przemawia do mnie, to nie znaczy, że to jest zły utwór, tylko, że ja nie zrobię tego dobrze, więc wolę tego nie robić. Z muzyką współczesną jest różnie, bo to jest wielość kierunków. Muszę zobaczyć utwór – jak coś przemawia do mnie i czuję, że trafia do serca i wiem, że zrobię to dobrze, to wtedy wykonam ten utwór.

Zdarzało się Panu odmawiać?

– Zdarzało się, ale to jest też kwestia dojrzewania. Odmówiłem jednego utworu kiedyś, a teraz bym go zrobił. Jestem wciąż młodym człowiekiem, który cały czas dojrzewa i są rzeczy, których bym nie zrobił wcześniej nie dlatego, że mi się nie podobały, ale nie trafiały do mnie. Teraz już trafiają i teraz jestem gotów je robić. I to jest cała magia w tym zawodzie, w ogóle w muzyce – każdy utwór ma swój czas. Cały czas odkrywamy nowe oblicze nawet tego samego utworu.

Myśli Pan czasem o tym, żeby wystąpić przed własną publicznością w Libanie?

– Czemu nie? Nawet były już rozmowy z byłym dyrektorem filharmonii, który niestety zachorował i zmarł. Teraz jest w Libanie nowa dyrekcja ale ze względów politycznych nie ma skupienia na sztuce i na muzyce, jak miało to miejsce wcześniej. Mam jednak nadzieję, że wkrótce pojawię się w Libanie jako dyrygent, a nie tylko jako odwiedzający rodzinę i ojczyznę.

Polska i Liban to dwa zupełnie różne światy. Co Pana najbardziej zaskoczyło w Polsce?

– Zima i mocno minusowe temperatury.

Coś Pana denerwuje w Polsce?

– Pesymizm Polaków. Uwielbiam Polaków, nawet uwielbiam ich narzekanie, ale czasami są przesadnie pesymistyczni.

Na koniec mam jeszcze jedno pytanie, zupełnie odbiegające od muzyki klasycznej – wiem, że Pana imię Bassem w dosłownym tłumaczeniu na język polski oznacza uśmiechnięty. Rozmawiamy od dłuższego czasu, a uśmiech nie schodzi z Pana twarzy. Czy to znaczy, że jest Pan szczęśliwym człowiekiem? Czy to, co teraz Pan robi jest spełnieniem marzeń z okresu pierwszego pianina?

– Ja uznaję filozofię amor fati – czyli kochać swoje przeznaczenie. I wszystko, co jest – jest dla mojego dobra. Nawet w największych tragediach próbuję znaleźć światło. Z taką filozofią podchodzę do życia i dzięki temu jestem szczęśliwy. Szkoda czasu, żeby się nie uśmiechać.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów

– Dziękuję

(27,5,2014)