JackieFilm o jednej z najpopularniejszych pierwszych dam Ameryki jest obrazem niezwykle kameralnym, co stanowi jego największy atut. Nie ma tu spektakularnych scen, budowania napięcia i oczekiwania na moment zamachu na Kennedy’ego, nie ma hollywoodzkiego rozmachu i epatowania wszystkim, co ubrać można w intensywne barwy, dźwięki i efekty specjalne. W Jackie scena ogranicza się do kilku postaci, świat paradoksalnie zmniejsza się, a kamera zwalnia, skupiając się na detalu.

Akcja filmu Pabla Larraina organizuje się wokół kilku dni bezpośrednio poprzedzających zamach na prezydenta oraz następujących zaraz po nim. Poznajemy w nich Jackie – neurotyczną kobietę, wdowę pogrążoną w żałobie o bardzo różnych obliczach i zmiennej intensywności – planującą pogrzeb męża, który wskutek zamachu umarł na jej rękach. Jackie zmienia koncepcje formy uroczystości, miota się pomiędzy żalem za zamordowanym mężem a strachem o własną przyszłość. W wątku równoległym, którego osią jest wywiad przeprowadzany w posiadłości, do której kobieta przeniosła się po śmierci męża, film odkrywa przed widzem odmienne oblicze pierwszej damy. Poznajemy tutaj Jackie jako kobietę opanowaną, zdecydowaną i uszczypliwie błyskotliwą.

To, co stanowi największy atut filmu – jego kameralny, wręcz intymny charakter, rezygnacja z hollywoodzkich ozdobników i efektów czy ograniczenie ilości bohaterów – działa jednak również na jego niekorzyść. Niektóre sceny zdają się być dość mocno przeciągnięte, akcji zaczyna brakować werwy lub co gorsze – mocy wyrazu. Silne i skrajne emocje, które musiały targać nie tylko panią Kennedy, ale także jej całym otoczeniem, nie są tu zawsze oddane na tyle wyraźnie, aby widz mógł poczuć, że ogląda na własne oczy tragedię nie tylko ludzką, intymną, ale też ogólnoświatową. Film jako całość – mimo tak silnego przekazu samej historii – nie robi porażającego wrażenia, nie zmraża widza, nie przenosi w pełni w świat przedstawionych zdarzeń i nie pozwala zapomnieć, że oto oglądamy tylko i wyłącznie aktorów. Pomimo tego film oferuje kilka naprawdę dobrych scen. Jedną z nich, z najbardziej „prawdziwych”, przesyconych emocjami jest moment, w którym Jackie krótko po śmierci Kennedy’ego upija się w samotności, otwiera kolejne butelki, napełnia kieliszki, maluje się i przebiera w coraz to piękniejsze suknie, patrzy w lustro. W tle słucha ich wspólnej małżeńskiej piosenki, utworu o Camelocie, którego przekaz odgrywa istotną rolę w końcowych scenach filmu.

Silnym atutem obrazu Pabla Larraina jest zdecydowanie gra aktorska. Zredukowanie liczby postaci było zabiegiem o tyle dobrym, że wszyscy, którzy pojawiają się na filmowej scenie – bo niewątpliwie jest w Jackie więcej ze sztuki teatralnej, niż z filmu – odgrywają swoje role w sposób godny podziwu. Największe brawa należą się rzecz jasna oscarowej postaci tytułowej, w którą wcieliła się Natalie Portman, ale także Peterowi Sarsgaardowi, czyli filmowemu bratu Johna Kennedy’ego, Bobby’emu. Teatralne w swoim charakterze aktorstwo stanowi kunszt sam w sobie, jednak w kontekście filmu, może być powodem dla którego nie jest on fabularnie porywający.

Warto zwrócić uwagę także na walory estetyczne, których jest w Jackie bardzo wiele. Ładne, wymowne zdjęcia, ciekawa, intymna praca kamery, oryginalne ujęcia, zbliżenia – zwłaszcza na twarz głównej bohaterki – robią naprawdę duże wrażenie. Doskonale odwzorowane zostały także stroje ikony mody – w tym jej słynny różowy kostium, który miała na sobie podczas zamachu. Wszystko to czyni z Jackie atrakcyjną propozycję kinematograficzną, pozostającą jednak jakby nieco obok człowieka z krwi i kości, obok kobiety z życiorysem i emocjami, wrzuconej w role i w wir zdarzeń absolutnie niecodziennych, kobiety, której przyszło przeżyć coś, co często okazuje się być do przeżycia za trudne.

rialto_logo_mini