Ambona ludu fot. jakub Wittchen (2)

Zespół Teatru Nowego w Poznaniu wielokrotnie podkreślał, jak ważne są dla niego lokalna społeczność i najbliższe sąsiedztwo, nierzadko ukryte za białymi firankami. Po Jeżycjadzie i Prezydentkach nadeszła pora na bliższe przyjrzenie się kibicom poznańskiego Kolejorza, aktoreczkom, dyrektorom i reżyserom teatralnym, a także celebrytom znanym z komputerowego monitora – bo przecież telewizory dawno już wyszły z mody.

Ambona ludu, najnowsza produkcja Teatru Nowego, krytycznie spogląda na swoich sąsiadów – przez pryzmat lokalnej i niezwykle podzielonej społeczności pokazuje współczesnych Polaków, którzy stoją u progu wojny totalnej – wojny na słowa, a może raczej na ich brak. Nikt inny, jak reżyser teatralny (w tej roli wręcz nierozpoznawalny Mateusz Ławrynowicz) stwierdza, że jego teatr rozpoczyna się tam, gdzie kończą się wszelkie słowa. Teatr jest bowiem odnajdywaniem i uzewnętrznianiem emocji, a nie potokiem mniej lub bardziej oczywistych i zrozumiałych słów. Czy taki jest właśnie współczesny polski teatr?

Ambona ludu wyreżyserowana przez Piotra Kruszczyńskiego rozpoczyna się w dość zaskakujący sposób. Oto przed publicznością staje odświętnie ubrany chłopiec, który prosi wszystkich zgromadzonych na sali widzów o powstanie „Do hymnu”. Nastaje chwila ciszy – publiczność zastanawia się, czy ta nieoczekiwana prośba płynąca ze sceny jest całkiem prawdziwa, czy może to już element spektaklu. Bardzo powoli widzowie podnoszą się z foteli i właśnie wtedy rozlega się hymn kibiców piłkarskiego klubu Lech Poznań. Publiczność nie kryje zdumienia, na widowni rozlega się cichy śmiech. W pierwszej scenie, w której spotykają się Aktorzyca (Maria Rybarczyk) i Gniazdowy (w tej roli gościnnie występuje Marcin Kalisz), przeważają dialogi wypowiadane gwarą poznańską, która tylko pozornie umieszcza akcję spektaklu w stolicy Wielkopolski.

Na widowni gasną światła, a publiczność przenosi się do typowego polskiego lasu. W brzozowym zagajniku nie brakuje myśliwskiej ambony, starych foteli samochodowych, przenośnych toalet i zapomnianych, porośniętych trawą oraz mchem, mogił powstańczych. W tym jakże stereotypowym lesie spotykają się wszyscy bohaterowie spektaklu – wspomniana już przeze mnie Aktorzyca z Weselem Wyspiańskiego w dłoniach, Kibol, który po stracie matki całą miłość przelał na ojczyznę, zagubiony i niepogodzony z nadchodzącą klęską sztuki Dyrektor teatru, czy ubrany w krótkie – jakże wymowne spodenki, Aktoreczek. W typowym polskim lesie zjawiają się również wyuzdana Terapeutka ( w tej roli zaskakująca nie po raz pierwszy Małgorzata Łodej-Stachowiak), początkująca Dziennikarka internetowa i jej chwilowy narzeczony – Piłkarz. Do pełnego obrazu polskiego społeczeństwa brakuje już tylko Urzędnika „culture managera”, który pragnie sfinansować prawdziwie polski, patriotyczny, narodowy spektakl oraz Trener, dla którego piłka nożna to nie tylko sport, ale głęboka filozofia życia. W tym gąszczu osobowości kryje się Polska – podzielona, sfrustrowana, stojąca u progu słownej wojny.

Tym, co dzieli Polaków na wrogie sobie obozy jest język. Pozornie jeden i ten sam język polski, a jednak tworzący odmienne definicje, szczególnie jedną z nich – tę najważniejszą – definicję patriotyzmu, która staje się źródłem wszelkiego zła i niezgody. Całkiem naturalnie rodzi się pytanie o to, kto jest większym patriotą – czy może pogrążona w narodowym dramacie Wyspiańskiego Aktorzyca, czy Europejczyk kochający ojczyznę po cichu i bez rozgłosu, czy może jednak wytatuowany w narodowe symbole kibic piłkarski? Wielość rozumienia jednej i tej samej definicji prowadzi do narastającej wrogości i wszechobecnej nienawiści. Na widowni wyczuwa się smak nieuchronnego końca.

Trudno oderwać spektakl Ambona ludu od tego, co dzieje się na polskiej scenie politycznej, a tym samym i społecznej. Oto mamy w Polsce wrogie sobie obozy, których poglądy, awantury, a przede wszystkim używany język skutecznie i w coraz większym stopniu, dzielą Polaków. To spektakl, który pokazuje współczesne społeczeństwo, przybliża narastający konflikt, ale również uwypukla zagładę, jaka czeka na końcu tej brudnej drogi. Głos rozsądku mogłaby symbolizować Pani Profesor (w tej roli doskonała i niezwykle wiarygodna Daniela Popławska), która w swoich naukowych referatach wygłaszanych na scenie, próbuje w sposób akademicki zdiagnozować współczesnych Polaków. W mrocznym, zaśmieconym lesie jest ona oazą spokoju i względnego obiektywizmu – ale tylko do czasu. Nagromadzenie negatywnych emocji także ją popycha w kierunku nienawiści i wrogości wobec innych. Wybucha i wylewa z siebie długo tłumiony potok wulgaryzmów. Nikt i nic nie są już w stanie powstrzymać nadchodzącej zagłady.

Ambona ludu to spektakl – metafora. Obraz współczesnej Polski – tej podzielonej, pragnącej wspólnotowości, a jednocześnie niezwykle wrogiej. Mocny, bezkompromisowy i niestety, bardzo prawdziwy. A także mistrzowsko zagrany i doskonale wyreżyserowany.

[fot. Jakub Wittchen]