Damir Halilic27 listopada w klubie Blue Note wystąpił chorwacki muzyk, wirtuoz gitary, Damir Halilić, aby zabrać swoich słuchaczy w muzyczną podróż po miejscach, czasach i kulturach. Artysta promował w Poznaniu swój niecodzienny projekt Guitar power, będący efektem współpracy z Igorem Modriciem, filmowcem i reżyserem, który towarzyszył Halowi wraz z kamerą w wielu jego trasach koncertowych, w tym w nagrywaniu krążka Mare Nostrum w Londynie. Z tej współpracy powstały filmy, które wyświetlane były podczas koncertu, mając być czymś w rodzaju uzupełnia gitarowych dźwięków, ich artystycznego tła i dopowiedzenia.

W pierwszej części koncertu Halilić grał nieco sentymentalne i sielankowe utwory z płyty Mare Nostrum. Niektóre z nich korespondowały z muzyką latynoamerykańską, inne – z tradycją chorwacką, charakterystyczną dla adriatyckiego wybrzeża. Jakkolwiek Hal niewątpliwie jest gitarowym wirtuozem, a to co potrafi wyczarować ze strun przerasta możliwości większości muzyków, przedstawiane przez niego utwory były nazbyt sentymentalne i zdawały się nie oddawać w pełni zdolności artysty. Z muzyką nie do końca współgrały także wyświetlane filmy. W tle poszczególnych utworów pojawiały się obrazy Londynu, w którym Halić nagrywał Mare Nostrum, lecz który nie do końca korespondował z charakterem wygrywanej muzyki. Jeszcze bardziej niezrozumiałe i zasadniczo zbędne były filmy ukazujące z jednego ujęcia kamery artystę grającego, ten sam co na żywo, utwór w bliżej nieokreślonych okolicznościach przyrody. Pojawiły się jednak także bardzo pozytywne elementy takie jak: nagranie znajomych Halilicia wykonujących piosenkę Speak to me w języku angielskim i chorwackim uzupełnione grą artysty na żywo na mandolinie, piosenka Dubrownik dopełniona obrazami miasta i nagraniem tradycyjnego dlań tańca linđo, na rytmie którego został oparty utwór czy też czarno-biały teledysk uzupełniający utwór Tramontana, będący starym nagraniem nadmorskiego miasteczka.

W drugiej części koncertu związek pomiędzy sferą muzyczną i wizualną okazał się być nieco ściślejszy, a sam artysta zdawał się swobodniej czuć w ramach wykonywanych przez siebie utworów. Prezentacje przenioy publiczność w scenerie miejskie, amerykańskie – filmy przedstawiały obrazy Nowego Yorku z lat 30. ubiegłego stulecia. Halilić natomiast wykonywał utwory z pogranicza bluesa, jazzu i ragtime, których granie wyraźnie sprawiało mu przyjemność. Muzyka i obraz szły ze sobą w parze, a artysta po raz kolejny dał wyraz swojej wirtuozerii i niebywałego obycia z instrumentem.

Koncert zakończył się bisem, podczas którego Halilić wykonał kombinację piosenek The Beatles, których – jak sam przyznał – był wielkim fanem w młodości. W tle puszczono czarno-białe filmiki z ulic Rijeki, rodzinnego miasta artysty, pochodzące z lat 60., czyli okresu, w którym Halilić dorastał. I ten krótki bis stał się najbardziej emocjonalnym, a co za tym idzie – najbardziej szczerym – momentem całego koncertu. A tej właśnie prostej szczerości w  trakcie całego koncertu trochę zabrakło.