tn_lear_plakat_podgladSpektakl na podstawie szekspirowskiego Króla Leara miał pojawić się na deskach Teatru Nowego w 1992 roku. Do premiery jednak nie doszło, ponieważ podczas prób zmarł, przygotowujący się do odegrania głównej roli, Tadeusz Łomnicki. W sobotę, 9 kwietnia, swoją premierę miał nowy Lear, w którym do głosu dochodzi młode pokolenie teatralnych twórców, nie pamiętające już świata, który upadał 25 lat temu. Temat schyłku okazuje się jednak być jak najbardziej aktualnym również i dziś.

Reżyser spektaklu, Jędrzej Piaskowski, reprezentuje głos młodych, głos pokolenia, którego całe dorosłe życie toczyło się w tzw. Wspólnej Europie. Wszystkie poprzednie schyłki i końce epok są więc w tej perspektywie czymś odległym, przeszłym, historycznym. Niemniej jednak i tutaj klimat ten pobrzmiewa bardzo silnie. Współczesny Lear – co znamienne – przestaje już być „Królem Learem”, absolutnym i potężnym władcą, monarchą, a staje się już tylko „Learem”, pewnym symbolem, toposem historii i czytania polityczności, gwarancją pamięci starego czasu.

Schyłek i klimat nieubłaganie zbliżającego się końca, pojawia się w dramacie już na płaszczyźnie czysto fabularnej. Schorowany, stary, apodyktyczny władca postanawia spisać testament i podzielić królestwo między swoje córki, mając nadzieję, że uda mu się dzięki temu zachować tytuł i przywileje. Lear zostaje jednak odrzucony przez najbliższych, a obserwując to, co dzieje się z jego rodziną i królestwem, popada w coraz większy obłęd. Schyłek życia bohatera zaczyna równać się schyłkowi historii i ustalonego porządku, którego jest już jedyną, lecz nic nie znaczącą ostoją.

Twórcy spektaklu potraktowali szekspirowski oryginał dość lekko, proponując widzom opowieść opartą jedynie na jego głównych filarach. Kierując się adnotacją autora przekładu, Józefa Paszkowskiego, przenieśli akcję dramatu do XXXII w n.e. W tej perspektywie, Lear staje się profetyczną i hipotetyczną wizją przyszłości Europy i Polski. To wciąż opowieść o końcu i schyłku, jednak tutaj nie kończy się w sposób dosłowny świat czy epoka, lecz degradacji i odwróceniu ulega pewien system wartości. Władca odarty zostaje z przypisywanej mu w kulturze potęgi i godności. Nikt specjalnie nie liczy się z nim i traktuje jako obłąkanego starca. Baza, jaką dla twórców spektaklu stanowił dramat Szekspira staje się pretekstem do opowieści o świecie współczesnym, a raczej tym przyszłym, możliwym i abstrakcyjnym. I chyba dość silne abstrahowanie od klasycznego Króla Leara, wzięcie go w spory cudzysłów jest kluczem do zrozumienia tego, co na teatralnej scenie się pojawia, a co dalekie jest (XXXII wiek to jednak perspektywa nie najbliższa!) od tego, czego widz mógłby się po adaptacji Szekspira spodziewać.

Wykorzystanie w spektaklu filozoficznego w swoim charakterze, mało fabularyzowanego przekładu Paszkowskiego zdaje się być bardzo dobrym zabiegiem, przede wszystkim z uwagi na sposób podejścia do sztuki. Tekst podawany jest przez aktorów lekko, zrozumiale i harmonizuje z bardzo współczesnym ujęciem tematu. Na uwagę zasługuje wprowadzenie licznych elementów podkreślających stan obłędu, w jaki popada tytułowy bohater oraz chaos i niepokój związany z obserwowanym przez widza upadkiem, zbliżającym się nieuchronnie końcem. Mocną strona Leara jest z pewnością wysoki poziom gry aktorskiej oraz pojawiające się delikatne „mrugnięcia oka” i cudzysłowy, jakie ze sceny docierają do widza. W tej perspektywie nawet koniec epoki przestaje być patetyczny i tragiczny, lecz raczej mocno umowny.

[fot. Jakub Wittchen, zdjęcia z prób]