Instytut

Nowa książka Jakuba Żulczyka to powieść nietypowa i trudna do sklasyfikowania. Rozpoczyna się jak zabawna, pełna ciętego humoru i błyskotliwych obserwacji opowieść o pokoleniu współczesnych polskich trzydziestolatków, z atmosferą niepokoju w tle. Z kolejnymi stronami przemienia się w mocno niepokojący thriller, by w scenach finałowych przerodzić się w historię na tyle mroczną i przerażającą, że nie sposób zawiesić czytania, nie doprowadziwszy jej do końca. Ponadto Instytut ma w sobie coś z gotowego filmowego scenariusza – kolejne opisywane w nim sceny rozgrywają się przed oczami czytelnika jak na kinowym ekranie, dodając opowieści wyrazistości i specyficznego klimatu.

Jakub Żulczyk, dziennikarz i pisarz, autor m.in. Radia Armagedon Ślepnąc od świateł, postanowił poprawić i wydać Instytut raz jeszcze, po tym jak pojawił się na polskim rynku po raz pierwszy w 2010 roku. Jak sam przyznaje, dokonał w powieści poprawek językowych, uczynił akcję bardziej logiczną, udramatyzowaną i delikatnie skorygował zakończenie.

Narratorką Instytutu jest Agnieszka, kobieta po trzydziestce i po przejściach. W momencie, w którym rozgrywa się akcja powieści przebywa w Krakowie, mieszka w odziedziczonym po babci mieszkaniu z grupą mniej lub bardziej przypadkowych współlokatorów, pracuje jako kelnerka, czasem dorabia charakteryzując aktorów dla potrzeb seriali i programów telewizyjnych. Jak dowiadujemy się jednak z przeplatających główny wątek retrospekcji, życie Agnieszki jeszcze parę miesięcy wcześniej wyglądało zupełnie inaczej – była Warszawa, był niekochany mąż, jeszcze mniej kochani teściowie, a pozostała ukochana córka i wielka zmiana.

Akcja powieści Żulczyka rozgrywa się w przestrzeni zamkniętej i to bardzo dosłownie – mieszkający z Agnieszką lokatorzy zostają uwięzieni w jej mieszkaniu. Pewnego dnia budzą się odcięci od świata, bez sygnału w telefonach komórkowych, bez Internetu, za szczelnie zamkniętą kratą na klatce schodowej. I jak to zazwyczaj w zamknięciu bywa, bohaterowie szybko stają się więźniami samych siebie, swoich wspomnień. Wystawione na poważną próbę emocje i nerwy zaczynają puszczać, nawarstwiając i kumulując konflikty. W tej perspektywie Instytut staje się swego rodzaju studium psychologicznym postaci ogarnianych coraz większym obłędem i przerażeniem, podsycanym przez absurd przymusowej izolacji i powracające pytanie bez odpowiedzi: kim są „Oni”? Kto mógłby chcieć zamknąć grupę ludzi na stu metrach kwadratowych? Czy to tylko głupi żart czy ktoś naprawdę źle im życzy?

Atmosferę przerażenia Żulczyk dawkuje stopniowo. Książka zaczyna się dość niewinnie, a kolejne etapy przeradzającego się w autentyczny strach niepokoju, nadchodzą jeden po drugim, wraz z kolejnymi zapętleniami akcji. Zakończenie nie do końca przynosi ulgę, jest swego rodzaju następnym, jeszcze bardziej abstrakcyjnym i niepokojącym etapem budowania atmosfery. Prawdopodobnie taki był zamysł autora – skonstruowanie gęstej, dusznej, a zarazem wciągającej, pochłaniającej atmosfery, a niekoniecznie skupienie się na ostatecznym efekcie, który sam w sobie nie jest mocniejszy od reszty książki.

Mocną stroną Instytutu – poza wprawnie zbudowanym klimatem i zarysowaniem psychologicznych motywacji bohaterów, ich stopniowego poddawania się obłędowi, jest z pewnością język. Żulczyk bardzo swobodnie prowadzi narrację, w sposób lekki oraz bezpretensjonalny tworzy świat specyficzny i fabularnie wyrazisty.