Szesnastu aktorów, czyli niemal cały zespół i oryginalny tekst Bogusławskiego ilustrowany współczesną muzyką elektroniczną – to najkrótsza recenzja spektaklu Krakowiacy i Górale, którego premiera odbyła się w sobotni wieczór na deskach Teatru Polskiego w Poznaniu.

1 marca 1794 roku to ważna data w historii polskiego teatru. Tego dnia w Warszawie odbyła się premiera spektaklu, Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale z librettem Wojciecha Bogusławskiego. Sztuka uważana za pierwszą operę narodową stała się początkiem rewolucji. Widzowie wychodzili z Teatru Narodowego z ariami na ustach, a i tak już gorąca atmosfera polityczna osiągnęła stan wrzenia. Tak było w roku 1794. Ponad dwieście dwadzieścia lat później, Teatr Polski w Poznaniu postanowił przypomnieć dzieło Bogusławskiego, którym rozpoczyna nowy rozdział własnej historii. Jest to pierwsza premiera po zmianach na stanowisku dyrektora. Czy spektakl wystawiony na deskach poznańskiego teatru jest równie mocny w swoim przekazie i ma szansę stać się początkiem współczesnej rewolucji?

Krakowiacy i Górale to pozornie prosta historia o miłości. Akcja spektaklu toczy się w, zachowanych do dzisiaj, młynie i karczmie w Mogile, obecnie części Krakowa. Basia, córka młynarza została przyrzeczona Bryndasowi, ale dziewczyna nie kocha górala. Pragnie poślubić Staszka, w którym, mniej lub bardziej, potajemnie podkochuje się macocha Basi. Podczas wesela Zosi i Pawła, do Mogiły przypływają górale, którzy chcą, choćby siłą, zabrać ukochaną narzeczoną Bryndasa. Ta jednak stawia opór błagając ojca o zgodę na ślub ze Staszkiem. Konflikt pomiędzy tytułowymi Krakowiakami a Góralami narasta, doprowadzając do wojny.

Tę prostą historię trójkąta miłosnego można odczytywać na wielu płaszczyznach. Jest to z pewnością sztuka polityczna, którą można odnosić do współczesnych wydarzeń tak na świecie, jak i w Polsce. Już sam reżyser nasuwa skojarzenia tekstu Bogusławskiego z konfliktami zbrojnymi prowadzonymi przez Stany Zjednoczone. Bitwa z użyciem czołgów ilustrowana hymnem amerykańskim przywołuje wspomnienia zupełnie niepotrzebnych wojen prowadzonych w Iraku czy w Afganistanie.

Uniwersalność sztuki sprzed ponad dwustu lat można także odczytywać przez pryzmat obecnych wydarzeń na polskiej scenie politycznej. Wystarczy posłuchać radia, czy obejrzeć serwis informacyjny w telewizji, aby dostrzec narastający konflikt, którego nie można już ani powstrzymać, ani rozwiązać. Prace nad spektaklem rozpoczęły się w październiku, a więc jeszcze przed wyborami parlamentarnymi w Polsce. Reżyser Michał Kmiecik wielokrotnie powtarzał, że nie kierował się obecną sytuacją polityczną w kraju, chociaż nie może wykluczyć, że miała ona wpływ na ostateczny kształt spektaklu.

Odniesień do współczesności w spektaklu Kmiecika nie brakuje, poczynając od uniwersalności tematu sztuki, przez dość surową, industrialną, a może postindustrialną scenografię, w której nie zabrakło takich elementów jak metalowe barierki, uliczne sygnalizatory świetlne czy haki pochodzące ze stoczniowej suwnicy, aż po warstwę muzyczną.

Muzyka stała się integralną częścią spektaklu. Jej zadaniem było wzbogacenie, podkreślenie, zilustrowanie poszczególnych scen. Oprócz utworów autorstwa Jana Stefaniego pochodzących z oryginalnej wersji opery, do współtworzenia warstwy muzycznej zaproszono Mateusza Goorala Górnego. Współczesna elektronika przeplatała się więc z muzyką orkiestrową skomponowaną ponad dwieście lat temu. Niekoniecznie było to dobre i uzasadnione połączenie. Na miejscu reżysera oddałabym całą oprawę muzyczną w ręce młodego producenta z Bielska-Białej. Byłoby nowocześnie, współcześnie, uniwersalnie, a jednocześnie warstwa muzyczna nie wprowadzałaby na scenę pewnego rodzaju dysonansu.

Zupełnie niezrozumiałym było wykorzystanie utworu – legendy, żeby nie powiedzieć hymnu, bałkańskich Cyganów. Ederlezi, utwór spopularyzowany przez Emira Kusturicę i Gorana Bregovica za sprawą filmu Czas Cyganów, nie ma nic wspólnego ani z konfliktem, ani tym bardziej z Bogusławskim. Nazwa utworu wywodzi się od Święta Wiosny przypadającego na dzień 6 maja i o tym też wydarzeniu opowiada. Ilustrowanie nim sceny przybycia górali wydaje się być pozbawione sensu. Mam wrażenie, że obecność tego utworu w spektaklu była podyktowana wyłącznie sympatiami muzycznymi młodego reżysera.

W 1794 roku spektakl Krakowiacy i Górale wywołał rewolucję, stając się insurekcyjnym manifestem. Mieszkańcy Warszawy wychodzili z teatru śpiewając operowe arie i podsycając polityczne emocje. Czy dzisiaj, po 220 latach spektakl w reżyserii Michała Kmiecika ma szansę stać się początkiem nowej rewolucji? Myślę, że pomimo uniwersalności i złożoności, sztuka straciła swoją pierwotną siłę przekazu. Być może stanie się słabo słyszalnym głosem w dyskusji publicznej na temat narastającego w Polsce konfliktu. Z pewnością jednak nie zmusi nikogo do refleksji nad możliwościami rozwiązania trudnej sytuacji politycznej. I nie ma w tym niczyjej winy – na przestrzeni lat zmieniła się po prostu rola teatru w życiu społecznym. Wydaje się, że w XXI wieku jest on wyłącznie miejscem kojarzonym z rozrywką, a nie z wielkimi rewolucyjnymi zrywami. A może się mylę? Może wystarczy poczekać na Bardosa- sfrustrowanego i pozbawionego środków do życia studenta z Krakowa, który wskaże skłóconemu społeczeństwu drogę do zgody?

[fot. Piotr Bedliński]