Boguslaw MEC_okladka2Po długoletniej chorobie, zmarł artysta obdarzony niezwykłym głosem, charyzmą, talentem, nie tylko muzycznym, ale również plastycznym – Bogusław Mec. Taka wiadomość obiegła Polskę 11 marca 2012 roku. Po jedenastu latach wymykania się śmierci, przegrał walkę z chorobą. Pięć dni później, 16 marca na łódzkim cmentarzu odbył się pogrzeb, w którym uczestniczyła najbliższa rodzina artysty – żona, córka, wnuki, ale także przyjaciele, koledzy z estrady i tłum fanów. Tuż przed śmiercią Bogusław kazał napisać na swoim nagrobku tytuł jednego z największych swoich przebojów – Na pozór. Dla niego to nie był tylko tytuł, tylko piosenka, dla niego to było znacznie więcej. Całe życie Bogusława Meca było tak naprawdę na pozór.

Na pozór szczęśliwe dzieciństwo spędzone na parafii kościoła ewangelickiego w Tomaszowie Mazowieckim było w rzeczywistości codzienną walką z obelgami kolegów i niechęcią mieszkańców miasteczka. Z racji swojego niemieckiego pochodzenia koledzy często nazywali go „bękartem pastora”. Ale kilkuletni Boguś mało się tym przejmował. Całe dnie spędzał na plebanii, gdzie mógł rozwijać swoje pasje muzyczne i plastyczne. Miał również nieograniczony dostęp do książek – także tych zabronionych przez cenzurę. A głód wiedzy towarzyszył mu od zawsze. Już jako mały chłopiec zbierał złom, a za pierwsze zarobione pieniądze kupił sobie encyklopedię. Poza pędem do zdobywania wiedzy mały Bogusław przejawiał także talent artystyczny oraz plastyczny. W Wigilię 1953 roku otrzymał swoje pierwsze skrzypce, a w 1969 roku kupił pierwszą gitarę. W międzyczasie narodził się pomysł założenia zespołu Szare Koty, w który Mec śpiewał i grał na… perkusji. Razem z kolegami występował w tomaszowskim klubie spółdzielczym Przyjaźń oraz w świetlicach, remizach strażackich i w restauracji Arkadia w pobliskim Nieborowie. Później, na początku lat siedemdziesiątych, był stałym gościem łódzkich klubów – studenckich Siódemek, gdzie wieczorami raczył gości swoim śpiewem oraz SPATiF-y.

Sukces przyszedł w roku 1972, kiedy podczas koncertu w Opolu zaśpiewał piosenkę Jej portret skomponowaną przez Włodzimierza Nahornego, z tekstem Jonasza Kofty. Zaśpiewał i wygrał konkurs główny. Tym samym wdarł się do czołówki polskich artystów muzyki  rozrywkowej. Kilka miesięcy wcześniej poznał Jolę – przyszłą żonę. Ich pierwsze spotkanie odbyło się w marcu ’72 roku, w Filharmonii Łódzkiej. Szybko się w sobie zakochali, a dwa lata później, 20 kwietnia 1974 roku urodziła się córka, Luiza. Ale Bogusław nie był gotowy, żeby zostać ojcem. Był artystą na szczycie – wielotygodniowe trasy koncertowe po Polsce i po ZSRR, spotkania z kolegami z estrady, alkohol lejący się strumieniami – to był jego świat lat siedemdziesiątych.

Na pozór szczęśliwe życie było rozpaczliwym poszukiwaniem akceptacji. Koncerty, wielotygodniowe trasy i weryfikacje artystyczne odbywające się w Ministerstwie Kultury i Sztuki były tylko narzędziami służącymi do osiągnięcia celu. A celem była akceptacja – zarówno w środowisku artystycznym, jak i wśród przyjaciół, czy rodziny. Chciał być podziwiany, ale nie z próżności, a z chęci udowodnienia samemu sobie, że jednak coś potrafi. Na scenie udawał, że jego życie jest wieczną zabawą, że występowanie przed publicznością to nic innego jak rozrywka. „W rzeczywistości estrada go wykańczała. Stres, presja środowiska, dziennikarze. Ciągle trzeba było być na akord.”* – wspomina żona, Jola.

Na scenie był zawsze elegancki i perfekcyjnie przygotowany – nie było miejsca na improwizację, słabszy dzień, czy gorszy występ. Każda minuta spędzona na scenie musiała być idealna. Równie starannie dobierał utwory, które wykonywał. Po latach Zbyszek Hołdys powiedział, że w jego repertuarze nie ma żadnej złej piosenki. To była chyba największa pochwała jaką mógł usłyszeć. Bogusław Mec śpiewał piosenki ambitne, z inteligentnym i głębokim tekstem – piosenki z przesłaniem. Nie akceptował playbacku, ani nawet półplaybacku. Nie interesowały go piosenki pisane w biegu pod masową publiczność. To był jeden z powodów, dla których w latach osiemdziesiątych zniknął ze sceny.  Aby utrzymać rodzinę powrócił do swojej młodzieńczej pasji – malarstwa. Malował wyłącznie kobiece akty i posługiwał się tylko trzema kolorami: białym, czarnym i  złotym. Jego dzieła z założenia miały być dekoracją wnętrz w domach tych, którzy mieli nadmiar pieniędzy. Malarstwo nigdy jednak nie zajęło miejsca muzyki. Malował wyłącznie dla pieniędzy i bez zaangażowania.

Na scenę powrócił za namową dyrygenta Zbigniewa Górnego, który był pomysłodawcą oraz reżyserem popularnych w latach dziewięćdziesiątych koncertów biesiadnych. Powrócił, koncertował, ale nigdy nie powtórzył sukcesu z lat ’70. Był już tylko jednym z wielu…

Po raz pierwszy choroba zaatakowała zimą 2000 roku. Osłabienie, zmęczenie i gorączka zmusiły go do pójścia do lekarza. Diagnoza brzmiała jak wyrok – ostra białaczka szpikowa. Ratunkiem był przeszczep. Dawcą została starsza siostra, Danka. Aby zebrać pieniądze niezbędne na wykonanie zabiegu, przyjaciele zorganizowali w łódzkiej Arenie koncert. Był Zbigniew Górny, Urszula Dudziak, Michał Urbaniak Halina Frąckowiak, Zbigniew Wodecki, Alicja Majewska, Wojciech Gąssowski i wielu wspaniałych artystów polskiej sceny muzycznej. W styczniu 2001 roku Bogusław zyskał drugie życie. Kolejne dziesięć, a właściwie jedenaście lat, było wyrywaniem się z objęć śmierci. Radził sobie z tym całkiem nieźle. Nagrał kolejne płyty, koncertował, malował. Cieszył się życiem.

Niestety, wiosną 2009 roku choroba znów dała o sobie znać. W czerwcu lekarze stwierdzili nowotwór płuc z przerzutami na kręgosłup. Artysta gasł z każdym kolejnym dniem. Dużą część jego życia stanowiły pobyty w szpitalu. Ale nie poddawał się. Żona mu na to nie pozwalała. Zmuszała go do walki aż do ostatniej chwili. Trzy dni przed śmiercią, 08 marca wystąpił w Domu Kultury w Kolbudach. Mimo osłabienia, zmobilizował się na ten jeden wieczór. Czuł, że to jego ostatni koncert. Żona miała nawet pomysł, żeby odwołać występ, ale jej na to nie pozwolił. Do ostatniego dnia pozostał perfekcjonistą. „Miał bladą twarz, nogi trzymał blisko siebie; jedna ogrzewała drugą.”* Ale się nie poddał, nie uciekł, nie zrezygnował. To był chyba koncert pożegnalny dla żony. To ona wspierała go nie tylko w czasie choroby, ale przez całe dorosłe życie. Kiedy trzeba było go ratować z opresji, była zawsze obok. Radziła sobie z trudnym charakterem męża, zmiennymi stanami emocjonalnymi – od wesołości, po melancholię i lekkie stany depresyjne. Radziła sobie z jego wybuchami agresji, niezadowoleniem. Nie miała żalu, kiedy na długie tygodnie wyjeżdżał w trasy koncertowe, a ona zostawała sama z małym dzieckiem. Wybaczyła mu nawet, że nie było go przy niej, kiedy wprowadzono stan wojenny. Przez ostatnie lata jego życia walczyła o każdy wspólnie spędzony dzień. Walczyła o każdą minutę wyrwaną śmierci. Koncert w Kolbudach  był jego pożegnaniem właśnie z nią – miłością jego życia, znacznie większą niż muzyka czy malarstwo.

Podczas pogrzebu ktoś powiedział, że „pewne tylko, że kochał żonę, córkę i trzy psy”*. Ja bym powiedziała, że w całym życiu Bogusława Meca prawdziwe były tylko trzy rzeczy: talent otrzymany od Boga, jego prawdziwa i głęboka miłość do rodziny, a w szczególności do żony, córki, matki oraz siostry, a także to, że 11 marca 2012 poddał się chorobie i dołączył do swoich przyjaciół: Anny Jantar, Czesława Niemena, Andrzeja Zauchy, Ireny Jarockiej…

Wszystko inne było już tylko na pozór.