Paulina Andrzejewska próby Nine (3) fot. Mariusz Łuczak miniJestem w Teatrze Muzycznym w Poznaniu, gdzie trwają ostatnie przygotowania do premiery musicalu Nine – pod czujnym okiem Pauliny Andrzejewskiej szlifowane są ostatnie detale choreograficzne. Ja jednak cofam się do chwili, w której dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu Przemysław Kieliszewski podjął decyzję o wystawieniu tego światowego musicalu właśnie w stolicy Wielkopolski. Wtedy też do grona twórców poznańskiej inscenizacji dołączyła tancerka i choreografka, absolwentka Państwowej Szkoły Baletowej im. R. Turczynowicza w Warszawie oraz Akademii Muzycznej im. F. Chopina w Warszawie, Paulina Andrzejewska. O przygotowaniach do spektaklu, a także o choreograficznych tajemnicach udało nam się porozmawiać pomiędzy kolejnymi próbami, które trwają w Teatrze już od połowy sierpnia.

Praca nad spektaklem rozpoczyna się zawsze od mniej lub bardziej przypadkowego spotkania, telefonu, rozmowy i scenariusza, z którym trzeba dobrze się zapoznać. W głowie powstaje koncepcja całego spektaklu, z którą Paulina przychodzi na pierwszą próbę.

– Mam już wizję i mniej więcej wiem jaki charakter oraz klimat powinna mieć konkretna scena, a przynajmniej jak ja bym ją widziała. Pokazuję choreografię, poprawiam, zmieniam – zdradza artystka. To jednak nie koniec. Praca nad spektaklem nie ogranicza się wyłącznie do zapamiętania i wyuczenia kolejnych kroków. – Najpierw uczymy się choreografii, a potem pracujemy jeszcze nad wyrazem artystycznym. To jest długi proces.

W błędzie jest każdy, komu wydaje się, że praca baletu ogranicza się wyłącznie do odtwarzania i powtarzania wykreowanych przez choreografa ruchów ciała. Układy choreograficzne to tylko część przygotowań do spektaklu. Efekt końcowy, który ogląda widz jest bowiem połączeniem określonych, ustalonych i wyćwiczonych figur z indywidualnym budowaniem bohatera spektaklu.

Widać to chociażby w bardzo dynamicznej scenie w Folies Bergeres z musicalu „Nine”. Wszystkim kojarzy się ona z wymachami nóg i zgrabnymi dziewczynami w piórach. Trudno byłoby odejść od tej doskonale znanej wizji, aby nie rozczarować widzów. Ale i tutaj pozostaje bardzo dużo miejsca na indywidualizm solistek.

– Dokładnie wiem, jak ma wyglądać choreografia i mówię, co balet i aktorki muszą zrobić, ale każda z dziewczyn musi stworzyć własną postać – opowiada Paulina – Każda z nich musi wyzwolić w sobie niesamowitą energię, która musi przebić się na widza. W scenie z tamburynami, każda z nich musi stworzyć postać kobiety, która potrafi uwieść – jest dzika, dynamiczna, ale nie wyzywająca. Tancerki oprócz tego, że tańczą mają jeszcze dużo miejsca na grę aktorską. Tancerz jest też aktorem. Na tym polega musical – każdy jest aktorem, tancerzem i jeszcze wokalistą.

Jest więc gotowa choreografia, którą trzeba opanować, szlifuje się wyrażanie emocji i budowanie postaci, trwają próby i nagle nadchodzi moment, w którym cała praca rozpoczyna się od początku. To chwila, w której wchodzi się na scenę.

– Pojawia się scenografia i wszystko się rozpada. Tu stoi jakiś klocek, gdzieś przeszkadza fragment scenografii i wszystko zaczyna się od początku. To jest normalne i psychicznie jestem już na to przygotowana – zdradza autorka choreografii.

Rozpoczynają się kolejne próby – już na scenie. Wprowadzane są drobne zmiany, poprawki, zakładane są kostiumy, pojawia się światło i nagle spektakl staje się spójny, zamknięty, gotowy do pokazania widzowi.

– Nagle tworzy się klimat – jak ostatnie pociągnięcie pędzla. Potem już nic ode mnie nie zależy, wszystko jest w rękach tancerzy – czy zrobią to równo, czy będą danego dnia w świetnej formie, czy będą pamiętać o wszystkim, co mają wykonać. To jest niesamowite, że w pewnym momencie choreograf traci nad tym kontrolę. Może później zwrócić na coś uwagę, ale wszystko zależy już tylko od tancerzy.

Po wielu tygodniach pracy, przygotowań wypełnionych potem, łzami, bolącymi mięśniami, nadchodzi długo wyczekiwany dzień – dzień premiery.

– Mam wrażenie, że jest to bardzo wyjątkowy dzień. Często, właściwie zawsze jest też tak, że kolejne spektakle są coraz lepsze – bo materiał jest już tak mocno osadzony w głowie i w ciele, że wszystko staje się naturalne. Mimo iż jest bardzo dużo prób przed premierą, to z każdym kolejnym spektaklem jest po prostu łatwiej. Poza tym odchodzi stres i przychodzi większa przyjemność. Zawsze jednak czekamy na premierę. Takie spotkanie z publicznością jest czymś niesamowitym – mówi Paulina – Sama tańczyłam przez wiele lat w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie, przeżyłam wiele premier i pamiętam, jak każdy z nas marzył o tym, aby już nadszedł ten premierowy spektakl z widzami. To jest najprzyjemniejszy moment. Artysta współgra z widzem, a jak się jeszcze pojawiają brawa, to jest idealnie. Tworzy się taka magia, pewnego rodzaju dialog. Do pustej widowni bardzo źle się gra i tańczy. 

Dialog z widzami trwa przez kolejne tygodnie, miesiące, czasami lata. Spektakl wtapia się w teatr, stając się jego integralną częścią. Wypełnia życie solistów, zachwyca widzów, stawia pytania krytykom. A potem, któregoś dnia schodzi z afisza i przechodzi do historii, ustępując miejsca kolejnym produkcjom. Co czują w tym momencie twórcy spektaklu? Żal? Tęsknotę? A może radość?

– Oczywiście, że jest żal, ale uważam, że coś musi się skończyć, żeby coś nowego mogło się pojawić – mówi choreografka.

Są jednak takie spektakle, które mocno i głęboko zapadają w pamięć. Na zawsze. Praca przy którym musicalu – w roli choreografa – najbardziej zapadła w pamięć Paulinie Andrzejewskiej?

– Na pewno w Teatrze Muzycznym w Poznaniu przy musicalu „Jekyll&Hyde”. Mogłam tam wykorzystać technikę tańca współczesnego. To był też taki drugi początek tego Teatru. Dla mnie to było nowe miejsce, mała scena, fajny zespół, ale nie poruszający się w mojej technice. Wszystko trzeba było zbudować od początku. Podobnie było  z chórem, który nagle stał się zespołem wokalno-tanecznym, a nie tylko chórem, który stoi i śpiewa. To była bardzo ciekawa praca – jak tworzenie ludzkich obrazów. Pamiętam również mój pierwszy spektakl jako choreografa, czyli „Upiór w operze”  w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie. Zapadł mi w pamięć, bo był gigantyczny i był mój pierwszy.

Oba spektakle doskonale zapadły w pamięć także widzom, na co ogromny wpływ miała praca autorki choreografii. Trudno bowiem wyobrazić sobie świat musicalu bez tańca, który, wspólnie z muzyką, nadają charakter całemu spektaklowi.

Paulina Andrzejewska – jako tancerka występowała w musicalach: W 80 dni dookoła świata w Teatrze Rampa w Warszawie, Orfeusz w piekle, Grease, Koty, Kwiaty we włosach, Taniec Wampirów R. Polańskiego w Teatrze Muzycznym ROMA w Warszawie oraz w licznych programach telewizyjnych.

Jako choreograf współpracuje z teatrami w Polsce i za granicą. Wśród jej realizacji choreograficznych znajdują̨ się̨ liczne spektakle i musicale, m.in. warszawskiego Teatru Muzycznego ROMA: Les Misérables, Upiór w Operze, Aladyn jr, Morfina, Berlin 4 rano, Sofia de magico, Alicja w krainie czarów, Teatru Muzycznego w Poznaniu: Jekyll&Hyde, Nie ma jak lata 20, lata 30., Evita, Jesus Christ Superstar, Madagaskar – musicalowa przygoda, Teatru Dramatycznego w Warszawie: Kinky Boots, Teatru Rampa: Latający cyrk Monty Pythona, Teatru Polonia w Warszawie: Klaps! 50 twarzy Greya, Czerwony kapturek, Jaś i Małgosia oraz stołecznego Teatru Studio: Oniegin.

Ponadto Paulina Andrzejewska jest autorką choreografii do programów telewizyjnych i seriali. Od wielu lat współpracuje ze szczecińską Fundacją Balet, reżyserując widowiska baletowe z udziałem uczniów Studia Taneczno–Musicalowego Fundacji. Była wielokrotnie nagradzana za osiągnięcia artystyczne i dydaktyczne. Od 2004 roku jest nauczycielem tańca współczesnego w Warszawskiej Szkole Baletowej im. R. Turczynowicza, w latach 2014-2016 była wykładowcą Uniwersytetu Muzycznego im. F. Chopina w Warszawie. Od 2015 roku współpracuje również z Akademią Teatralną im. A. Zelwerowicza w Warszawie.

[fot. Mariusz Łuczak]